K-L-METAFORA-Arsus

Godlewska Joanna (Aurelia Es.)

Aurelia S - biogram i teksty autorskie

BIOGRAM

Joanna GODLEWSKA 

Pseudonim literacki: Aurelia Es

 

Laureatka kilku ogólnopolskich konkursów literackich, autorka opowiadań, miniatur literackich, bajek dla dorosłych (wydanych w formie audiobooka), scenariuszy teatralnych (wystawione w autorskiej reżyserii) oraz dwóch powieści: „Kochanek malutki” i „Miłość? Bardzo proszę”, które ukazały się nakładem wydawnictwa Replika. Tłumaczka libretta opery „Smok z Wantley” J.F. Lampe.

 

Autorka prowadzi literackie strony internetowe:

mierzyczas.blog.onet.pl

aureliaes.pl

http://facebook.com/scenaprzyfabryczna

 

TEKSTY AUTORSKIE

 

Aurelia ES

 

Zmysłowe   (opowiadanie)

 

W barze Pod Księżycem, z czarnym makijażem bez twarzy, w ustach z cierpkim smakiem jutra, które niech się stanie, siedzę, czekam. Niechcący ukryta w oczekiwaniu czułości, jeszcze nikomu niepotrzebnej. Z zawsze pełnym kieliszkiem w ręku. Mój umysł pracuje nadzwyczaj jasno, zauważam szczegóły, większość nieistotnych. Ja jestem istotna. Istotna ja jestem. Jestem ja istotna. A więc myślę, czuwam, przyjdź, będę cię podziwiać, więc gdzie jesteś.

W barze Pod Księżycem stoły ustawiono równolegle do siebie, jak w każdym szanującym się barze. Do wazonów włożono różnego rodzaju chwasty i zioła, pięknie pachną. Ze stołów znikają potrawy diabelsko popieprzone, ręce powinno się po nich myć długo i dokładnie, intymnych części ciała nie dotykać. W gardła wlewane są litry mocnego alkoholu, po których umysł kwitnie rozkosznie w cudacznych pomysłach. Wcale nie pokątnie barman sprzedaje skręty, sześć monet za sztukę. Kobiety palą drogie papierosy, ciasno zakładają nogę na nogę, nie podejrzysz. Na chciwych palcach błyszczą wulgarne pierścionki, wszystkie duże, na piersiach zwisają ciężkie naszyjniki, aż oczopląsu można dostać od ich błyszczącego nieładu, w dusznym powietrzu unosi się zmysłowość. Jest w kolorze kosztownej purpury starych i śliniących się sponsorów, wszechobecna. W podnieceniu wydyszanym głośno bez ukrycia. Czyli wszystko w rękach biznesu, kupno – sprzedaż.

Ciągle czekam.

Wyobrażam sobie podświetloną żywotność, która nie wiadomo skąd pochodzi. Z nieba? Z piekła? Nawet czort nie bardzo się orientuje, czy to on sam, czy ktoś inny wypstrykał ją stwórczymi łapskami w momentach kreacji. I się stało. Barowe towarzycho patrzy i przeciera oczy z ciekawości. No bo co to! Że też takie rzeczy dzieją się Pod Księżycem, aż echo się niesie. Będą o tym mówić i podawać od ucha do ucha w czasie kolejnych libacji. O co chodzi? Ale, czy musi o coś chodzić?

No i wreszcie…

Szczęśliwi aniołowie ukradkiem podsuwają mi cyrograf do podpisu, a później klaszczą dla dodania animuszu i rytmicznie, na przekór diabelskim knowaniom dalekiego Stwórcy. Podpisuję. Czy koniecznie trzeba podpisać krwią? Nie, nie trzeba. Podpisuję, żeby dzisiejszego wieczoru nie zaznać samotności tkwiącej niby drzazga w rozpulchnionej skórze. Żeby wyjąć drzazgę, zlizać krew, rozweselić duszę. Rozgarnąć chętnymi palcami pożądliwe myśli. Gorącym spojrzeniem zatopić się w tylko dla ciebie oczach. Są jak wieczność.

Jesteś.

Słuchaj.

On podchodzi. Wyznaczony mi przez anielskie, diaboliczne plany. W mrocznych knowaniach jeszcze nie nazwanych pragnień. Mówię mu, żeby wbijał się we mnie mocno, ponad piekło. Bo nienasycona jestem, niech dla mnie porzuci wszystko. Mówię mu, żeby spojrzał, bo wyciągam do niego myśli jak pazury. Pytam go, czy rozumie, czy nie rozumie. Co za bezsens. Niedomówienia są przecież jednym z atrybutów miłości. Każdej. Naszej. Długiej. Krótkiej. Począwszy od aktu potliwej kopulacji, poprzez ochocze gesty między i westchnienia potem. Bez słów, które z założenia mają znaczyć wiele. Często nie znaczą jednak nic. Czy rozumiesz? Bądźmy razem zanim wygwiżdże nas bezduszna rzeczywistość, zanim nawet bury pies nie będzie miał ochoty jej obsikać. Zanim z tafli łazienkowego lustra spojrzą na nas twarze, których przywiędły grymas powie, że wszystko co było, swoją rolę, jak ten liść opadający, choćby i jesiennie najpiękniejszy, już odegrało. Amor fati.

On chce.

Ja nie chcę chcieć.

Chociaż on chce bardzo.

On chce, żeby nasze współistnienie było jak ten elegancki Grand Hotel w centrum miasta, gdy tymczasem to wszystko bardziej przypomina brudny barak w powiatowej dziurze.

On nie wie.

Ja wiem.

On nie wie, ile znaczy mój podpis złożony na anielskim cyrografie. Ja wiem, że on niewiele znaczy. Gdy tylko doliczę się dzisiaj nowych zmarszczek tu i ówdzie, a głos zadrży późną starością, dostanę znak, że najwyższy czas się zbierać. Już niedługo.

Na odchodnym powiem mu, że to nic, tak miało być, w Barze pod Księżycem nic nie trwa wiecznie, nawet dozgonne przysięgi kochanków są ulotne. Pozostanie cieszyć się jednonocnym udawaniem, że oto coś tak wspaniałego się nam przytrafiło. Pozostanie nie widzieć, że te wspaniałości trącą tandetą i są krótkotrwałe.

 – T ego właśnie chcesz? – pytam.

Kiwa głową, że tak. Jednak tak. Tego właśnie.